biegam boso

tu i teraz. czas nie istnieje

dzień jak co dzień 12 października 2010

Filed under: Uncategorized — Asia Klar @ 11:07 pm

PRZED …

Obudziłam się w środku nocy, wystraszona, że z uczuciem wyspania o 3:00 w nocy, nie zasnę już do rana. Okazało się, że ciemności egipskie o tej porze roku są aż do 6:00. W zasadzie mogę się już przyzwyczajać do słońca w Singapurze, które nigdy nie wstaje wcześniej. To była 6:00. Pól godziny później za oknem szare niebo zabarwione różem. Od dwóch tygodni codziennie ten sam odcień nieba zwiastuje bezchmurną pogodę. Wstaję, myję zęby, piję dwie szklanki ciepłej wody. Masuję całe ciało dokładnie olejem sezamowym. Prysznic. Zdążę jeszcze przeciągnąć się na macie i zanim obudzi się cały dom, pomyśleć. Na tym kończy się poukładany dzień jak co dzień.

W ciągu następnej godziny chodzę i szukam dezodorantu, który wyparował. Ze stoickim spokojem pytam po raz dziesiąty każdego czy go nie widział …

W TRAKCIE …

Nie zdążam na wspólne zdjęcie Drużyny Szpiku, w której barwach biegnę. Ustawiam się na starcie pośród 5000 innych biegaczy. Zimno i ciepło jednocześnie. Ktoś mnie popycha, ktoś się uśmiecha. O 10.10 startujemy, żeby przebiec 42,195 km. Nad Maltą unosi się fontannowa tęcza.

Pierwsze 25 km – bieg lekki jak piórko, w pełni kontrolowany, przyjemny, bez zadyszki, w dobrym tempie, z uśmiechem. Taki dystans można biegać codziennie, zwłaszcza kiedy pogoda sprzyja, wokół mnóstwo życzliwych, wspierających ludzi, nic nieprzewidzianego się nie wydarza. Wszystko idzie zgodnie z planem.

Kolejne 12 km – bieg ciężki jak kamień, próba kontrolowania czegoś co spod kontroli się wymyka. Już, już wydaje się, że się udało, że jest dobrze i znów cios w twarz.

Następne 2 km – bieg przez łzy. Swiadomość tego, co już za mną i jak niewiele przede mną. Wzruszenie dławiące łzami. Ryzyko uduszenia. Oddychać, oddychać.

39 km – Jest Pani Wspaniała, oto wieniec zwycięstwa. Wieniec zwycięstwa wlewa w moje żyły Dolargan. Absolutny, natychmiastowy spokój, przemieniający się w euforię. Zero zmęczenia. Bieg jak na skrzydłach prosto do mety. Nie czuję nic, bólu, zmęczenia, soli spływającej z potem do oczu, ze łzami do ust. Nie widzę oznaczeń kilometrów ale widzę pana wykłócającego się z biegaczami o to ile metrów zostało do końca. Nie wiem ile metrów, wiem ile zakrętów i co ma być na końcu. Meta. Ale co to właściwie jest? Co mnie tam czeka? Nie wiem, teraz najważniejszy jest instynkt – on każe mi dotrzeć do końca za wszelką cenę. Jacyś Szpikowcy pomagają mi zerwać się do ostatniego przyspieszenia na ostatnich metrach. Uśmiecham się, płaczę. Jak w moim śnie biegłabym dalej, gdyby nie to, że to już koniec. Pacyfikują mnie folią, medalem, różą. Wszystkie rozbiegane części składają się w jedną całość. Rozszlochaną, szczęśliwą, przepełnioną bólem i dumą.

PO …

Mam wrażenie, że w innym wymiarze przeżyłam poród. Skojarzenie jest bardzo mocne. Może dlatego tak wielu mężczyzn biega w maratonach a kobiety tak dobrze je czują. My walkę z bólem, ciałem i psychiką mamy wpisaną w naturę. Mężczyźni muszą sobie takiego doświadczenia poszukać. Podziwiam ich i jestem z nich dumna.

Meta ucieka, oddala się ode mnie szybciej niż się zbliżała. Teraz zbliża się kolejna. Ta maratońska otworzyła drzwi do zupełnie nowej rzeczywistości, z którą teraz trzeba się oswoić i zaprzyjaźnić. Jak z nowym członkiem rodziny. Te kolejne będą odmierzać kolejne odcinki życia.

Reklamy