biegam boso

tu i teraz. czas nie istnieje

czasem słońce, czasem deszcz 6 października 2010

Filed under: Uncategorized — Asia Klar @ 9:52 pm

Każdy z nas jest centrum swojego wszechświata, indywidualnym tworem mającym swoją drogę i swój cel. Własny, prywatny wszechświat zazębia się z innymi, tworząc jeden gigantyczny ocean jedności. Często jednak nasz wzrok nie sięga poza granice naszej odrębności.

Uczę się akceptować to, że nie mogę wszystkim pomóc. To trudne uwielbiać kogoś i akceptować jednocześnie jego drugą, ciemną stronę. Bo każdy z nas ją ma i warto z tego sobie zdawać sprawę, żeby nie przeżywać rozczarowań i zrzucania z piedestału ideałów. Ludzie są czarno-biali z odcieniami szarości.

Nie ma co łudzić się, że jesteśmy w stanie kogoś zmienić, ukształtować tak jak nam się wydaje, że będzie najlepiej, skłonić do decyzji, na które nie jest gotowy. To wszystko może się wydarzyć, jeśli ta osoba jest na to gotowa i właśnie w tym momencie podejmuje sama taką decyzję. Jeśli myślimy, że ktoś zmienił nasze życie, to jest tylko część prawdy. To przede wszystkim my podjęliśmy wyzwanie, to my postawiliśmy kroki na wskazanej ścieżce. Częściej jednak mimo wiedzy, wskazanego kierunku i chęci, nie robimy nic. Coś nas blokuje. Widocznie to jeszcze nie ten moment. Ale warto co jakiś czas próbować, nie odpuszczać, nie czekać bezczynnie. Bo za każdym razem przesuwamy się minimalnie do przodu i w końcu dotrzemy do końca drogi pod górkę, by po przekroczeniu granicy zjechać z niej (ku kolejnemu wzniesieniu, życie bez problemów i wyzwań byłoby niemiłosiernie nudne).

Bieganie wokół Malty ma bardzo ciekawy wpływ na to co pojawia mi się w głowie. Za każdym razem mam nowe przemyślenia i to nie koniecznie dotyczące biegania. Bieganie znakomicie ilustruje życie a Malta skąpana w słońcu lub otulona deszczem jest cudowną do tego scenerią. Może oprócz wpływu przyrody znaczenie ma też koło, które zataczam kilka razy. Wytwarza się jakiś wir wciągający lub wyrzucający coś wprost do mojego umysłu.

Malta Słoneczna – zachwyciła mnie ostatnio nie ze względu na słońce. Po wygrzaniu się w jego promieniach dotarłam do zacienionej części, która wciągnęła mnie na kilka długich chwil, przeszywając zimnem, wilgocią i wiatrem. Widziałam ją już z daleka i zastanawiałam się przez chwilę czy nie zawrócić i nie biec z powrotem w słońcu. Czy jednak nie takie właśnie jest życie? Na drodze pojawia się chmura i czy chcemy czy nie, musimy iść dalej. Dobrze pamiętać, że cień to tylko druga strona światła. I że to światło istnieje, trzeba go tylko odkryć, dotrzeć do niego. Bez względu na to czy chodzi o konkretną osobę, nasze życie, czy bieg. Dobiegniemy w końcu na słoneczną stronę. Jeśli dodatkowo uda nam się w cieniu pobyć, poznać go, oswoić, bezpiecznie dotrzemy na drugą stronę bogatsi o wiedzę, której w słońcu dostrzec nie można.

Malta Deszczowa – niezmiennie ta sama trasa, czy pada czy nie, droga jest taka sama, choć wydaje się dłuższa i mniej przyjemna. Kiedy zaczynam biec w deszczu, myślę o tym, że to tylko ten trening, następny będzie lepszy. Pomaga mi to nastawić się dobrze by wytrwać. Kiedy jednak już biegnę, deszcze przestaje przeszkadzać. Staje się sprzymierzeńcem, zasłoną, która oddziela mnie od wszystkiego co na zewnątrz. Biegaczy jest niewielu, spacerujących wcale. To sprzyja większemu skupieniu i wyciszeniu. Nasiąkam deszczem tak samo jak słońcem, wiatrem czy muzyką podczas biegu. Czuję jakby rozpuszczał i wypłukiwał ze mnie zastygłe emocje, resztki myśli. W takiej samotnej deszczowej trasie spotykam na swojej drodze ślimaki. Pełzną leniwie po mokrym asfalcie, nie zwracając uwagi na lądujące obok nich gigantyczne buty. Biegam ostrożnie, delikatnie stawiając prawie-bose stopy. Mam nadzieję, że nie wywołuję wrażenia trzęsienia ich świata. Uważam, żeby ich nie rozdeptać, co byłoby przykre i dla nich i dla mnie. Ale prawda jest taka, że one zupełnie nie zwracają na mnie uwagi, nie mają prawdopodobnie pojęcia o tym, że ktoś mignął nad ich muszlami. Kiedy mijałam ślimaki, zastanawiałam się jak długą trasę uda im się przejść i w którym miejscu zastanę je po kolejnym okrążeniu. Martwiłam się, żeby inni biegacze nie zmiażdżyli ich swoimi butami. Przez dłuższą chwilę ślimaki jako jedyne zamieszkały w mojej głowie. Ja jednak biegłam dalej, w swoim tempie, w swoim kierunku, w swoim świecie. Przez chwilę nasze światy się dotknęły, minęły ale kiedy znalazłam się po drugiej stronie i rozdzielała nas tafla wody, choć nie zniknęły ja już o nich nie pamiętałam.

Uczę się akceptować, że niektórzy mają swój świat i nawet jeśli im w nim niewygodnie, nie chcą lub nie mogą go opuścić. Ich galaktyka zmierza w innym kierunku i w innym tempie. Innych spotykam i idziemy jakiś czas razem, ale później nasze drogi się rozchodzą. Są też takie osoby, które zostawiają we mnie trwały ślad i nawet jeśli podążają gdzieś indziej już same, czuję więź, której nic nie zniszczy.

Nadszedł czas pożegnań. Pozostaje mi wierzyć, że z niektórymi ponownie się spotkam. Pozostaje mi podziękować tym, których spotkałam tylko na jakiś czas. Coś im dałam, coś od nich wzięłam. Robi się przestrzeń na coś nowego. Jednocześnie świeci słońce i pada deszcz. Idealne warunki do pojawienia się tęczy. Taki magiczny pomost między wszechświatami.

Advertisements